Spekulant w funduszach inwestycyjnych
 Oceń wpis
   

Lutowe dane o przepływach środków do funduszy inwestycyjnych chyba zaskoczyły część analityków i dziennikarzy.

W komentarzach doczytałem się, że przewaga niemal 0,5 mld zł nabyć nad umorzeniami w funduszach akcyjnych to „robota” spekulantów, którzy liczą na szybkie zyski na odreagowaniu grudniowo-styczniowej przeceny. Czy nie jest to pójście na łatwiznę w ocenie tego faktu?

A któż to jest spekulant? Powszechnie uznaje się, że to osoba zajmująca się krótkoterminowymi transakcjami na rynku finansowym. Co oznacza krótki termin w odniesieniu do funduszy inwestycyjnych? Co najmniej kilka tygodni! W innym wypadku jesteśmy niemal skazani na porażkę. A szczególnie przy tak dużej zmienności rynku, jaką mieliśmy w ostatnim czasie. Dla daytradera na rynku akcji, czy kontraktów terminowych na WIG20, kilka tygodni to niemal wieczność.

Fundusze inwestycyjne po prostu nie nadają się do spekulacji. Ze względu na technikę zawierania transakcji nabycia i umorzenia jednostek ma sens, moim zdaniem, wykorzystywanie trendów rokujących przynajmniej kilkunastoprocentowe zyski. Czy na tak duże zyski mogli liczyć nabywcy jednostek funduszy w lutym 2008 r.? Tak, ale raczej jeśli założą przynajmniej kilkumiesięczny horyzont czasowy. No to jacy z nich spekulanci!?

Ci, co kupowali jednostki „misiów” na wiosnę 2007 r. i zakładali, że w miesiąc zarobią 20% do 30% - to dopiero byli spekulanci! Chociaż większość pewnie nie zdawała sobie z tego sprawy, bo czuli się inwestorami działającymi zgodnie z zasadą „trend is your friend”.

Moim zdaniem obecnie jednostki funduszy akcyjnych kupują doświadczeni, długoterminowi inwestorzy, nastawieni na realizację zysków za kilkanaście miesięcy, albo nawet kilka lat.
Dla nich ryzyko obsunięcia się jeszcze indeksów na GPW nawet o 5% -10% nie jest groźne w porównaniu do potencjalnych zysków szacowanych nawet na ponad 100% w ciągu 3-4 najbliższych lat. A spekulanci w funduszach? O ile w ogóle można tak nazywać jakichkolwiek posiadaczy jednostek funduszy inwestycyjnych, to właśnie spekulanci „zwijają interes”, czyli umarzają jednostki.

I to z ich strony głównie pochodzi podaż na GPW. Pewnie wrócą za kilka lat. Byleby tylko znów nie powtórzyli swojego błędu sprzed roku.
Komentarze (26)
Odsiewanie ziarna od plew
 Oceń wpis
   
Rozmawiałem ostatnio z wieloma sprzedawcami jednostek funduszy inwestycyjnych i programów inwestycyjnych opartych na funduszach. Nastroje w tej grupie zawodowej można określić mianem bardzo zróżnicowanych. Od przerażenia dramatycznymi spadkami na warszawskiej giełdzie do satysfakcji, że nareszcie doszło do zdrowego oczyszczenia rynku, które otworzy drogę do kolejnej kilkuletniej hossy.
            Ciekawym aspektem tej sytuacji jest rynkowa selekcja wśród tej grupy sprzedawców, która starała się również świadczyć swoim klientom usługę doradztwa finansowego. Ponieważ taka działalność nie jest jeszcze do tej pory (a chyba wkrótce będzie) szczegółowo unormowana w polskim prawie i licencjonowana, to każdy robił to według własnego wyczucia i umiejętności. O powszechnych standardach doradztwa finansowego w Polsce trudno mówić, ponieważ środowisko nie dopracowało się jeszcze takich uregulowań.
            W pierwszej połowie 2007 r. ta grupa sprzedawców-doradców, którzy byli świadomi narastającego ryzyka inwestycyjnego, doświadczyła mało komfortowego konfliktu interesów. Jako znawcy rynku kapitałowego wiedzieli, że korekta spadkowa w końcu musi przyjść. I, że będzie poważniejsza niż te dotychczasowe. Ale jako sprzedawcy jednostek funduszy zauważali łatwą możliwość szybkiego zwiększania swoich wynagrodzeń, bo pieniądze do funduszy „pchały się same”. Odradzanie wówczas inwestowania w ryzykowne fundusze akcji, (zresztą często ku niezadowoleniu samych klientów) oznaczało mniejsze zarobki, a nawet czasami niezrealizowanie firmowych planów sprzedażowych.
            Ale teraz ci ludzie, którzy potrafili oprzeć się sprzedażowemu szaleństwu i zgodnie z sumieniem i wiedzą przestrzegali przed zbyt wysokim ryzykiem mają dni swojej satysfakcji. Po dramatycznej korekcie powinno dojść do weryfikacji umiejętności i rzetelności doradców finansowych. W języku biblijnym można by określić ten proces mianem odsiania ziarna od plew. Klienci sami ocenią, ile warte są usługi doradców. To powinno choćby częściowo „wyczyścić” (przynajmniej na pewien czas) rynek z przypadkowych ludzi o niskich kwalifikacjach, a czasem i morale. W tych trudnych dla giełdowych inwestorów, szczególnie nowicjuszy, czasach niech przynajmniej ten efekt dramatycznej przeceny będzie dla nich pocieszeniem.
Komentarze (17)
Większość (analityków) miewa rację
 Oceń wpis
   
            Przeglądałem niedawno wydanie „Parkietu” z 7 lipca ubiegłego roku. Tytuł artykułu znamienny: „Fali rekordów giełdowych nie widać końca” Zaprezentowano wyniki ankiety przeprowadzonej wśród dziesięciu analityków rynku kapitałowego i zarządzających kapitałami. Wszyscy (!) prognozowali, że WIG 20 przekroczy do końca 2007 r. psychologiczną barierę 4000 punktów. A 60% z nich uważało, że stanie się to już w lipcu.
            Nie przypominam tej ankiety po to, żeby pognębić kolegów po fachu. Ani po to, by dostarczyć argumentów szydercom wykpiwającym wartość prognoz giełdowych. Niech ci kpiarze cieszą się osławionym współzawodnictwem analityków z małpą.
            Chcę tylko uzmysłowić, że prognozy są zawodne, każdy z nas jest tylko człowiekiem i ma prawo do pomyłki. Jednak z tego faktu wynika bardzo ważny wniosek – czym zawodniejsze prognozy, tym ważniejsze jest opracowanie wielowariantowej strategii inwestycyjnej. Przewidującej nie tylko scenariusz podstawowy, ale też warianty awaryjne. Klasa zarządzających kapitałami (nieważne - czy powierzonymi, czy własnymi) sprawdza się najpełniej w właśnie w sytuacjach nieprzewidzianych, zaskakujących i odległych od wymarzonego scenariusza wydarzeń.
            Bardzo ciekawie wypadły odpowiedzi na pytanie o możliwość przekroczenia poziomu 5000 pkt przez WIG 20 i skali potencjalnej korekty spadkowej. Wszyscy (!) ankietowani prognozowali, że indeks nie dojdzie do magicznych 5000 punktów oraz przewidywali korektę spadkową w drugim półroczu ubiegłego roku. Największy optymista widział zakres spadków w wysokości 10%, a pesymista 30%. Średnia odpowiedzi wyniosła 17% spadku indeksu.
            Jeżeli inwestorowi, który przeczytał ten artykuł wystarczyło woli (do analizy tych prognoz) oraz wiedzy (do wyciągnięcia właściwych wniosków), to dziś spałby spokojnie. A może nawet zgłodniały giełdowych wrażeń i zysków ruszyłby teraz na zakupy akcji po promocyjnych cenach. Skoro bowiem analitycy zgodnie uznali za mało prawdopodobny wzrost o 28% (tyle brakowało wtedy do 5000 punktów), a uznali za zupełnie realny spadek o co najmniej 10%, to inwestor powinien wycofać się z rynku akcji. Nie była bowiem wówczas spełniona fundamentalna proporcja (co najmniej 3:1) pomiędzy potencjalnym zyskiem, a możliwą stratą z inwestycji. Ale kto o tej proporcji pamiętał w gorących chwilach, gdy liczono już przyszłe zyski z giełdy i błyskawicznie zamykano subskrypcje na kolejnego „MiSia”?
            Analitycy przekazali więc prawidłowy sygnał, o niekorzystnych warunkach rynkowych. W tym sensie mieli rację, nawet pomimo zbyt dużego optymizmu Trzeba było tylko umieć i chcieć skorzystać z tych prognoz. Może po obecnej bolesnej nauczce szersze grono pechowych inwestorów sięgnie po literaturę fachową i przeczyta o zasadach inwestowania. Albo tez zwróci się do wykwalifikowanych i rzetelnych fachowców. Takich, którzy nie przedłożą natychmiastowego zysku z prowizji za pośrednictwo w sprzedaży nad długofalową udaną współpracę z klientem
Komentarze (5)
Inne oblicze "window dressing”
 Oceń wpis
   

Ostatnie lata bardzo przyspieszyły tempo edukacji giełdowej w społeczeństwie. Ponad trzy miliony uczestników funduszy inwestycyjnych i kilkaset tysięcy czynnych inwestorów giełdowych błyskawicznie nabiera doświadczeń i poznaje nowe pojęcia związane z rynkiem kapitałowym.

Od kilku tygodni "na tapecie” mamy dwa hasła: "window dressing” i "rajd świętego Mikołaja”. Oba kojarzą się z miłym dla akcjonariuszy i posiadaczy jednostek uczestnictwa funduszy akcji nieco sztucznym podbijaniem kursów akcji na koniec roku.

Chodzi o to, aby każdy był szczęśliwy w tym, tak sympatycznym okresie roku. Inwestorzy, bo odnotują zyski na swych rachunkach. Zarządzający, ponieważ zainkasują pokaźne premie za wyniki zarządzanych funduszy. Sytuacja wydaje się dosyć klarowna. Na pozór trudno znaleźć przeciwników takiego zakończenia roku, czyli tych, którzy byliby zainteresowani spadkami cen akcji.

Problem w tym, iż opisany obraz trąci myszką. Nie przystaje do obecnej rzeczywistości rynków finansowych.

Niestety owa rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana. Na świecie istnieją jeszcze fundusze hedgingowe, spekulanci i arbitrażyści. Fundusze te zarządzają globalnie już w sumie kwotą ponad biliona dolarów. Co więcej, przy ostatnich zawirowaniach rynkowych i braku płynności na wielu rynkach, to właśnie do tej grupy funduszy trafiało najwięcej kapitałów. Dostały one wiatru w żagle przy rosnącej zmienności cen różnych walorów. Dla tych funduszy jest absolutnie obojętne, czy ceny rosną, czy spadają. Byleby tylko zarządzający nimi obrali odpowiedni kierunek spekulacji. A dźwignia finansowa występująca przy instrumentach pochodnych powoduje, że zyski potrafią być olbrzymie.

Fundusze hedgingowe i spekulanci (u nas nazywani raczej niesłusznie arbitrażystami) wykorzystali irracjonalną wiarę większości uczestników rynku w niezniszczalność hossy, w stałe napływy kapitałów do funduszy inwestycyjnych, w mocne nerwy inwestorów-nowicjuszy.

Wykorzystały również nadzieje na "rajd świętego Mikołaja” i "upiększanie witryn”. Zajęły (przynajmniej duża ich część) pozycje krótkie i przeprowadziły… swój rajd świętego Mikołaja. Przecież zarządzający tymi funduszami też chcą otrzymać premie za wyniki zarządzania w 2007 r. A, że wyklucza to odniesienie sukcesów przez klasyczne fundusze akcji – trudno.

Taka akcja spekulantów raczej nie byłaby możliwa (lub przyjęłaby mniejsza skalę), gdyby inwestorzy na świecie racjonalnie określali ryzyko. A wzrosło ono ostatnio bardzo znacząco. Wpompowywanie w rynek finansowy setek (!!!) miliardów dolarów przez banki centralne w tak krótkim czasie dobitnie świadczy o powadze sytuacji. Liczenie w takich warunkach na bezkarny "window dressing” (przy tak dużej gamie instrumentów do spekulacji na zniżkę cen) oznaczało albo niewiedzę, albo brak doświadczenia, albo oderwanie od realiów. Skąd miał się brać kapitał na podciąganie kursów akcji? Chodzi nie tylko o Polskę, ale generalnie globalny rynek akcji.

Tym sposobem szeroka publiczność poznała nieco inne oblicze "window dressing”. Takie, kiedy dominują krótkoterminowi spekulanci grający "na krótko”, a długoterminowi inwestorzy chcą jeszcze przed końcem roku pozbyć się z portfeli wyjątkowo ryzykownych walorów, aby w razie kontynuacji zniżek cen akcji w 2008 r. pokazać, jak "czyste” są ich pozycje.

Na pocieszenie warto dodać, że czym bardziej teraz inwestorzy zweryfikują swoje podejście do ryzyka i do wycen papierów wartościowych, tym większe będą szanse na klasyczny, czyli wzrostowy, rajd świętego Mikołaja i tradycyjne "window dressing” w 2008 r. Czego serdecznie życzę czytelnikom mojego bloga.

Komentarze (2)
Ciężkostrawny indyk
 Oceń wpis
   

W tym roku Dzień Dziękczynienia może być wyjątkowo ciężkostrawną potrawą. Nie ze względu na gorszą jakość dania, ale na stan ducha konsumentów.

Amerykanie celebrują dziś swoje piękne święto - Dzień Dziękczynienia. Tradycja liczy już sobie niemal 400 lat. Wtedy to głównie dzięki mięsu dzikich indyków garstka osadników na ziemi amerykańskiej uratowała się od śmierci głodowej. Na pamiątkę tego faktu przyjęło się, że uroczystym rodzinnym daniem tego dnia jest indyk.

Już sama cena tradycyjnego indyka wprawia w gorszy nastrój. Ten rodzaj drobiu zdrożał w tym roku w USA o ponad 10%. Dla Amerykanów przyzwyczajonych do relatywnie taniej żywności jest to spora niespodzianka. Ale to tylko jeden z namacalnych dowodów, że nadchodzą ciężkie czasy.

Drugim jest cena benzyny, którą muszą zatankować, żeby pojechać na przedświąteczne zakupy. Ich nie chroni, tak jak Polaków, umacniająca się waluta.

Cena, w dolarach amerykańskich, ropy i pochodnych pnie się nieustannie i szybko do góry.

Kłopoty z rynkiem nieruchomości i kredytami z tym związanymi są doskonale znane całemu światu. Natomiast w ostatnich tygodniach dołączył jeszcze inny czynnik - ceny akcji. Nie ma wprawdzie oznak paniki, jednak dzieją się rzeczy bez precedensu. W ciągu trzech pierwszych dni tygodnia, w którym przypada Święto Dziękczynienia indeks S&P500 spadł o niemal 3%. Tak fatalnego rozpoczęcia tego świątecznego tygodnia nie było od kilkudziesięciu lat!

Nawet po krachu w 1987 r., nawet po korekcie w 1998 r., nawet po wrześniu 2001. Najwyraźniej przestaje działać jeden z głównych stabilizatorów nastroju amerykańskich konsumentów. W czasie trwającego już od ponad roku kryzysu nieruchomości właśnie rosnące ceny akcji uspokajały, że nie jest tak źle.

Możliwe, że teraz dotrze do Amerykanów duże prawdodpobieństwo końca ery życia zdecydowanie ponad stan. Już teraz przewiduje się, że pierwszy weekend zakupów przedświątecznych (przed Bożym Narodzeniem) przyniesie fatalne wyniki sprzedaży. Powszechnie oczekuje się, że Amerykanie zacisną pasa. Niewykluczone, iż w tych pesymistycznych oczekiwaniach największa nadzieja.

Jeśli wyniki sprzedaży za nadchodzący weekend okażą się chociaż nieco lepsze oczekiwań możemy mieć szansę na korekcyjny ruch w górę akcji na całym świecie, również w Polsce. Po męczącej fali wyprzedaży z ostatnich tygodni należy nam się chociaż krótki odpoczynek. Nie świętujemy wprawdzie Dnia Dziękczynienia, ale trzymajmy kciuki za Amerykanów, żeby i tym razem to święto podtrzymało ich na duchu, tak jak w 1621 r.

Komentarze (2)
Bilansowa ekspiacja
 Oceń wpis
   
Instytucje finansowe coraz powszechniej przyznają się do swoich strat bilansowych wynikających z zaangażowania w finansowanie transakcji na amerykańskim rynku nieruchomości.

Wygląda na to, że punktem krytycznym dla tej fali było ujawnienie kilkunastomiliardowych strat Citibanku. Następnego dnia tym tropem poszedł Morgan Stanley. Na szczęście w tym wypadku odpisy bilansowe były mniejsze. Chyba nie przypadkiem w tym samym czasie General Motors ogłosił duże prawdopodobieństwo utraty ulgi podatkowej na kwotę 39 miliardów dolarów (!!!)

Już za te przykre dla akcjonariuszy niespodzianki "poleciało kilka głów” prezesów wielkich korporacji.
Charles Prince - były prezes CitiGroupAle z drugiej strony, jeśli jakaś firma ma do ogłoszenia nieprzyjemne wiadomości to chyba powinna to zrobić teraz. Dobry dyrektor finansowy i księgowy doskonale wie, jak można (przynajmniej częściowo) "rozwodnić” stratę i stopniowo odpisywać ją od zysków w następnych okresach rozliczeniowych.
Natomiast powszechna "bilansowa ekspiacja” stwarza warunki sprzyjające wyczyszczeniu swoich aktywów z pozycji wątpliwej jakości. Wśród menedżerów może zadziałać psychologiczny efekt – inni ujawniają straty, to i nasza firma może to zrobić i nie będziemy negatywnie odstawać od rywali. Pośród ogólnych strat nasze nie będą tak raziły.
Mamy szansę na utrzymanie swojej pozycji w zarządzie. Natomiast, jeśli teraz inni wyczyszczą bilanse, a my ujawnimy stratę później - w okresie, gdy konkurencja już będzie na fali wznoszącej, to utrata stanowiska jest pewna.

W krótkim terminie to czyszczenie bilansów zagraża powszechną mocną przeceną akcji. Ale w dłuższym będzie oznaczało, że w przyszłości wyraźnie spadnie prawdopodobieństwo niespodziewanych ogromnych strat finansowych korporacji.

Dzisiejsze czyszczenie bilansów może stworzyć w przyszłym roku doskonałe podłoże do wzrostów cen akcji w bardzo szybkim tempie. Czym większe teraz ujawniane straty firm i spadki cen na giełdzie, tym mocniejszy potem nastąpi ruch wzrostowy – takie są fundamentalne reguły zachowań cen giełdowych walorów.
Komentarze (5)
Przywrócić zaufanie
 Oceń wpis
   
            Powoli kształtuje nam się „krajobraz po bitwie”, czyli scena polityczna po krótkiej, ale treściwej kampanii wyborczej. Treściwej nie w sensie programów wyborczych, a raczej nasycenia potyczkami słownymi konkurentów do parlamentarnych mandatów. Tak szybkie i spokojne rozmowy o koalicji PO z PSL wprowadzają nową jakość na scenę polityczną. Doskonale pamiętamy przepychanki w czasie montowania większości parlamentarnej przez PiS, LPR i Samoobronę. Stosunek tamtych koalicjantów nacechowany był podejrzliwością, nieufnością, a nawet czasem ledwo skrywaną wrogością. Tym razem PO i PSL wydają się kierować zasadą ograniczonego zaufania, a nie nieograniczonej nieufności. Nie przesądza to oczywiście powstania koalicji, ale napawa optymizmem i wiarą, że polityka nie jest z ze swej natury aż tak brudna, jak to widzieliśmy ostatnio.
            Oczekiwania w stosunku do nowego parlamentu i rządu są ogromne. Mało jednak słyszy się głosów, że jednym z podstawowych zadań w sferze społecznej, ale również gospodarczej, jest podniesienie poziomu wzajemnego zaufania między ludźmi. Według ostatnich badań socjologicznych jesteśmy jednym z najbardziej nieufnych społeczeństw Europy. Ten stan wielce utrudnia nam stosunki międzyludzkie. A w sferze gospodarki oznacza konkretne koszty, i to niemałe. Dużo energii, czasu i pieniędzy pochłania sprawdzanie i kontrolowanie wiarygodności partnerów biznesowych oraz zabezpieczanie się przed ich ewentualną nieuczciwością. Wiele nerwów i czasu kosztuje przedsiębiorców negatywne nastawienie urzędników do sfery biznesu. Jeśli urzędnicy zakładają a priori, że niemal każdy przedsiębiorca (a szczególnie bogaty) jest podejrzany, to mogą bardzo uprzykrzyć życie tym, którzy łożą podatki między innymi na płace właśnie urzędników. Na szczęście jesteśmy (byliśmy w IV RP)? jeszcze daleko od realizacji stalinowskiej dewizy: „pokażcie mi człowieka, a znajdę na niego paragraf”, ale kierunek zmian w podejściu do biznesu w ostatnich latach niepokoił.
            Wyobraźmy sobie, że kierowcy zamiast zasadą ograniczonego zaufania, kierowaliby się wzajemną nieufnością. Jeżeli jedziemy droga z pierwszeństwem przejazdu, to kierowani nieufnością powinniśmy na każdym skrzyżowaniu z podporządkowaną drogą zatrzymać się, żeby upewnić się, czy nie jedzie nią pirat drogowy. Rozwiązanie bezpieczne, ale oznacza totalny paraliż ruchu drogowego. Koszmar!
            A ile kosztuje wzajemna nieufność. Od pewnego czasu stawki pożyczek międzybankowych (LIBOR) w euro, dolarze, czy funcie brytyjskim są wyższe o około 30 punktów bazowych z powodu obniżenia poziomu zaufania do stabilności tego sektora w krajach rozwiniętych. Na szczęście raczej nie dotyczy to Polski. A gdyby tak było, to przy poziomie zadłużenia polskich gospodarstw domowych w wysokości około 240 miliardów złotych (i założeniu, że stawka oprocentowania wszystkich tych kredytów jest zmienna i uzależniona od WIBORU) roczne koszty obsługi tego długu wzrosłyby o 720 milionów złotych. Nie szkoda tych pieniędzy?
            Nadzieja na wzrost wzajemnego zaufania nie oznacza naiwnej wiary w świat powszechnej szczęśliwości. Jednak bez założenia, że drugi człowiek, czy grupa ludzi, ma dobre intencje ciężko nawiązać jakikolwiek kontakt. A w biznesie jest to jeszcze trudniejsze. Ale na straży tych, którzy zawierzą partnerów i zostaną oszukani powinno stać prawo. Twarde i skutecznie egzekwowane. Egzekwowane powszechnie i w sposób ciągły, a nie w przerwach między konferencjami prasowymi.
Komentarze (9)
Bovespa dogoniła WIG
 Oceń wpis
   

Jeden rzut oka na indeks WIG naszej giełdy i indeks giełdy w Sao Paulo (Bovespa) i można wysnuć kilka ciekawych wniosków. Są to indeksy o jednych z największych wartościach bezwzględnych – obydwa sięgnęły już ponad 60 tysięcy.

Ich zachowanie jest dosyć zbieżne w czasie, chociaż w ostatnich latach, to w Brazylii miały miejsce większe wahania. Nasz indeks rósł w bardziej zrównoważonym tempie. Na koniec września po raz pierwszy od niemal dwóch lat Bovespa „przeskoczyła” WIG. Dlaczego?


Przecież to nasza gospodarka rozwija się już od kilku kwartałów w tempie ponad 6%, podczas gdy Brazylia ledwo sięga 4%. Przecież to u nas mamy do czynienia z odkrywaniem rynku przez szerokie rzesze społeczeństwa i napływem miliardów na giełdę, a w Brazylii nierówności społeczne należą do największych na świecie - oszczędza i inwestuje relatywnie niewielka grupa ludzi.

Rynek latynoamerykański jest jednym z faworyzowanych ostatnio przez globalnych inwestorów. To oni dominują na giełdzie w Sao Paulo. Dla tej grupy inwestorów mniej istotne jest słabsze niż w większości krajów „nowej Europy” i Azji Południowo-wschodniej tempo wzrostu PKB.

Ważna jest przewidywalność polityki gospodarczej i poczucie, że Brazylia korzysta z szansy, jaką stworzyła jej koniunktura na rynku surowców. Jeszcze kilka lat temu zastanawiano się, czy ten kraj nie pójdzie „argentyńskim śladem”. A teraz Brazylia ma 160 mld dolarów rezerw i nadwyżkę budżetową (przed rozliczeniem kosztów obsługi długu). Obecnie Brazylia udziela więcej pożyczek zagranicznych niż zaciąga.

Wszystko to sprawia, że do największego kraju Ameryki Południowej płynie kapitał zagraniczny. Jednocześnie wskazuje olbrzymi potencjał, jaki drzemie choćby w polskiej gospodarce i giełdzie. My emocjonujemy się szybkim wzrostem gospodarczym Polski i rosnącą konsumpcją. Ale u nas przyrost rezerw walutowych nie jest tak dynamiczny.

Bardzo dbamy o „sprawiedliwe” dzielenie owoców koniunktury, utrzymując kosztowną fikcję dwunastoprocentowego bezrobocia, gdy brak rąk do nawet najprostszych prac. Tymczasem za rządów obecnego prezydenta Brazylii Luiza Inácio Luli da Silvy pieniądze na programy socjalne są znacznie rozsądniej dystrybuowane, np. najbiedniejsi otrzymują zasiłek socjalny pod warunkiem posyłania swych dzieci do szkoły.

Prezydent Lula (o związkowym rodowodzie) szedł do wyborów z programem, którego nie powstydziłby się największy populista. Ale gdy przejął władzę zaczął od zdecydowanych reform, zgodnych z zaleceniami ekonomistów z międzynarodowych instytucji finansowych. Zrozumiał, że naprawdę trwała poprawa warunków życia ubogiej większości jest możliwa pod warunkiem zdobycia zaufania na światowych rynkach, ściągnięcia kapitału do Brazylii i stawiania twardych wymagań beneficjentom programów socjalnych.

Jesteśmy w trakcie gorączki przedwyborczej. Już niejedną gruszkę na wierzbie nam obiecano. Wiadomo – nikt nie przyzna się, że jest liberałem, bo to naraziłoby wręcz na infamię. Ale może ktoś mi obieca (a potem dotrzyma słowa), że pojawi się w Polsce taki polski Lula?
Komentarze (3)
Skutki migracji na rynku pracy
 Oceń wpis
   

Dla wielu Polaków otwarcie rynku rynków pracy w Europie Zachodniej okazało się dużą szansą na bardziej dostatnie życie. Dla innych, pozostających w kraju, migracja konkurentów na rynku pracy oraz dynamiczny wzrost gospodarczy skutkują szybko rosnącymi płacami.

Popyt na pracę, w tym również niewymagającą wysokich kwalifikacji, stale rośnie. W budownictwie brak siły roboczej osiąga dramatyczne rozmiary. Skutkiem tego nie tylko rosną płace, ale również rysują się poważne ograniczenia dla rozwoju kraju.

W świetle prognozowanych wielkich programów inwestycyjnych, w tym Euro 2012, braki siły roboczej stają się poważnym problemem gospodarczym. Nic więc dziwnego, że przedsiębiorcy coraz chętniej próbują sięgać po pracowników z zagranicy, szczególnie ze Wschodu, w tym nawet z Dalekiego Wschodu.

Wiele wskazuje na społeczne przyzwolenie na taki import siły roboczej, przynajmniej większości społeczeństwa. Imigracja zarobkowa może pomóc w utrzymaniu szybkiego wzrostu gospodarczego przez dłuższy czas. Na tym skorzystałoby całe społeczeństwo.

Z wielu potencjalnych skutków socjologicznych i kulturowych przedstawię jeden – rosnące zróżnicowanie płac w Polsce. Napływ siły roboczej, dodajmy taniej siły roboczej, będzie dotyczył głównie zawodów niewymagających wysokich kwalifikacji, czyli zawodów o niskich płacach. Stanie się więc naturalną zaporą dla wzrostu płac w tych zawodach.

Ponieważ są to z reguły najniższe płace w gospodarce, wzrost tej grupy płac zostanie zahamowany lub bardzo ograniczony. Tymczasem w zawodach najlepiej płatnych wzrost płac będzie trwał w najlepsze, o ile oczywiście utrzyma się dobra koniunktura gospodarcza. Trudno bowiem sobie wyobrazić, aby polskie firmy zaczęły masowo zatrudniać ukraińskich, czy chińskich menedżerów, którym można byłoby ewentualnie mniej płacić niż polskim specjalistom. A robotników z tych krajów już próbuje się sprowadzać do Polski.

Efektem tej migracji siły roboczej będzie więc zwiększenie rozpiętości płac między najniższą, a najwyższą. Oznaczać to będzie dalsze rozwarstwienie majątkowe społeczeństwa. Niewiele pomoże podwyżka płacy minimalnej, ponieważ zwiększy się tylko szara strefa i „kombinacje prawne” w celu ominięcia przepisów o minimalnej płacy.

Jak w takiej sytuacji będzie wyglądała idea „solidarnego państwa”? Idea mocno zdeformowana przez część polityków, stawiających znak równości między solidarnością społeczną i populizmem. Jakie wyjście z tej sytuacji?

Lepiej wolniej się rozwijać, ale „sprawiedliwie i solidarnie”? Czy raczej postawić na szybszy rozwój, który tak, czy inaczej podniesie poziom życia najniżej opłacanych pracowników, chociaż będą się czuli w stosunku do najlepiej zarabiających jeszcze biedniejsi?

Moim zdaniem każde z powyższych rozwiązań będzie kosztowne społecznie, czyli pozostanie nam wybór mniejszego zła. W dłuższym terminie rozwiązaniem najrozsądniejszym będzie otwarcie rynku pracy i podwyższanie kwalifikacji naszych pracowników tak, aby jak najmniejsza grupa pracowników była zmuszona do wykonywania najprostszych i najniżej płatnych prac.

Komentarze (6)
Polski duch przedsiębiorczości
 Oceń wpis
   

W czasie majowego weekendu wybrałem się na jednodniową autokarową wycieczkę do czeskiej Pragi. Wykupiliśmy tę wycieczkę w jednym z przygranicznych biur turystycznych. Ku naszemu zdumieniu i niezadowoleniu cała wyprawa zamieniła się koszmar.


Zaczęło się od pięciogodzinnej podróży, podczas której przebyliśmy niespełna 180 km. Najpierw kierowca zbierał z różnych miejscowości wszystkich pasażerów, a potem zamiast autostradą próbował „przebić” bocznymi drogami do stolicy Czech. Można się domyślić, że wszystko z powodu obniżania kosztów. Szkoda, że wcześniej nie uprzedzono o tym uczestników wycieczki. Największe „atrakcje” czekały nas jednak w Pradze. Do nich należały: niemal biegnący przewodnik (próbował nadrobić czas stracony z jego winy w korku ulicznym), zaledwie godzina - w sumie - na zjedzenie obiadu w jednej z zatłoczonych praskich restauracji, zakup pamiątek i samodzielne zwiedzanie. A na koniec przymusowy przystanek w malutkim przygranicznym sklepiku z alkoholami, gdzie zatrzymywały się niemal wszystkie polskie autokary i klienci tłoczyli się w tasiemcowej kolejce.

Cóż miałem pecha, zdarza się. Ale najbardziej zdumiała mnie i moich przyjaciół reakcja innych uczestników wycieczki. Pokornie godzili się na wszelkie oznaki lekceważenia przez organizatorów i bez szemrania poddawali „dyktaturze” przewodnika. Od razu przypomniała mi się rozmowa z jednym ze znajomych na temat jego pracy. Bardzo narzekał na szefa, na brak perspektyw rozwoju, na niską płacę. Jednym słowem – standard w naszych polskich realiach. Na pytanie, czy coś robi w tym kierunku odpowiedział, że po cichu szuka nowego pracodawcy. Na moją sugestię, że może rozpocząć swoją własną działalność gospodarczą podał tysiąc argumentów przeciw takiemu rozwiązaniu. Po prostu nie wierzył w swoje siły.

Jak się dłużej nad tym zastanowiłem, to doszedłem do smutnych wniosków. Coraz częściej spotykam się taką opinią: spokojna pewna praca u stabilnego dużego pracodawcy, różne przywileje i gadżety (samochód służbowy, telefon komórkowy, służbowe wyjazdy zagraniczne) warte są poddania woli innych. i rezygnacji z samodzielności w życiu zawodowym. W zamian za to mamy spokój, mniej zagrożeń, więcej czasu na swoje prywatne sprawy. Jeśli ktoś wyznaczy nam cel, będzie go konsekwentnie realizował i wymagał tego od nas, to życie jest znacznie prostsze. Takie podejście przenosi na inne sfery. Tak było właśnie w czasie wycieczki do Pragi! Nie wszystko się podobało. Ale żeby się sprzeciwić trzeba trochę się wysilić, narazić, wyjść z anonimowego tłumu. A to nie jest przyjemne.

Badania socjologiczne wykazują, że w przeciwieństwie do pokolenia wchodzącego w wiek aktywności zawodowej w latach dziewięćdziesiątych obecnie szczytem marzeń młodzieży nie jest założenie własnej firmy, czyli praca „na swoim”, ale kariera w korporacji.Zamiast większego ryzyka i odpowiedzialności za własny los (ale i znacznie większej samodzielności i szans rozwoju), stabilna praca z ewentualnymi perspektywami awansu zawodowego. Ważne, żeby była dobrze opłacana. W zamian za dobra płacę można zrezygnować pewnej części własnego „ja”.

Te wyniki badań są zgodne z danymi GUS. Coraz mniej w Polsce własnych firm. Jeśli pominiemy fikcyjne samozatrudnienie (wymuszone przez pracodawców), to okaże się, że jesteśmy coraz mniej przedsiębiorczy. Coraz rzadziej oczekujemy i aspirujemy do ponadprzeciętnych zadań i celów w życiu zawodowym. Bardziej koncentrujemy się na sferze rodzinnej naszego życia, na przyjemnościach, rozrywce. Czy to źle? Niekoniecznie. Rodzi się jednak pytanie: czy często podkreślany i wychwalany polski duch przedsiębiorczości nie jest już tylko mitem? Czy przypadkiem nie upodabniamy się znacznie szybciej niż byśmy chcieli do sytych i rozleniwionych społeczeństw zachodnich?
Komentarze (17)
Najnowsze komentarze
2011-09-19 15:41
Kredyt-bez-BIK-u:
Przywrócić zaufanie
Nie ufaj!
2011-09-08 01:48
Chorwacja Wczasy:
Skutki migracji na rynku pracy
Bardzo ładne tłumaczenie, bardzo dobry tekst...pozdrawiam !
2011-05-06 11:53
rejestr długów:
Polski duch przedsiębiorczości
Dobry wpis.
O mnie
Alfred Adamiec
Główny Ekonomista Noble Bank, Doradca Inwestycyjny
Kategorie
Ogólne