Lutowe dane o przepływach środków do funduszy inwestycyjnych chyba zaskoczyły część analityków i dziennikarzy.
W komentarzach doczytałem się, że przewaga niemal 0,5 mld zł nabyć nad umorzeniami w funduszach akcyjnych to „robota” spekulantów, którzy liczą na szybkie zyski na odreagowaniu grudniowo-styczniowej przeceny. Czy nie jest to pójście na łatwiznę w ocenie tego faktu?
A któż to jest spekulant? Powszechnie uznaje się, że to osoba zajmująca się krótkoterminowymi transakcjami na rynku finansowym. Co oznacza krótki termin w odniesieniu do funduszy inwestycyjnych? Co najmniej kilka tygodni! W innym wypadku jesteśmy niemal skazani na porażkę. A szczególnie przy tak dużej zmienności rynku, jaką mieliśmy w ostatnim czasie. Dla daytradera na rynku akcji, czy kontraktów terminowych na WIG20, kilka tygodni to niemal wieczność.
Fundusze inwestycyjne po prostu nie nadają się do spekulacji. Ze względu na technikę zawierania transakcji nabycia i umorzenia jednostek ma sens, moim zdaniem, wykorzystywanie trendów rokujących przynajmniej kilkunastoprocentowe zyski. Czy na tak duże zyski mogli liczyć nabywcy jednostek funduszy w lutym 2008 r.? Tak, ale raczej jeśli założą przynajmniej kilkumiesięczny horyzont czasowy. No to jacy z nich spekulanci!?
Ci, co kupowali jednostki „misiów” na wiosnę 2007 r. i zakładali, że w miesiąc zarobią 20% do 30% - to dopiero byli spekulanci! Chociaż większość pewnie nie zdawała sobie z tego sprawy, bo czuli się inwestorami działającymi zgodnie z zasadą „trend is your friend”.
I to z ich strony głównie pochodzi podaż na GPW. Pewnie wrócą za kilka lat. Byleby tylko znów nie powtórzyli swojego błędu sprzed roku.



Ale z drugiej strony, jeśli jakaś firma ma do ogłoszenia nieprzyjemne wiadomości to chyba powinna to zrobić teraz. Dobry dyrektor finansowy i księgowy doskonale wie, jak można (przynajmniej częściowo) "rozwodnić” stratę i stopniowo odpisywać ją od zysków w następnych okresach rozliczeniowych. 
